pt, 28 listopada 2014

Brzęczek lekiem na całe zło

Na fali. Blog Włodzimierza Machnikowskiego

Po pierwszej kolejce rundy rewanżowej T-Mobile Ekstraklasy piłkarze Lechii mają zaledwie cztery punkty przewagi nad strefą spadkową. Mocarstwowe ambicje sięgnęły bruku. Z tymi ambicjami to też nie wiadomo do końca. Cel sportowy ustąpił miejsca działalności biznesowej grupy menedżerów. Inwestycje zdają się mieć doraźny charakter i obliczone są na szybką stopę zwrotu.

Przed i w trakcie sezonu zakontraktowano ponad dwudziestu piłkarzy. Paradoksalnie najbardziej spektakularny jest ten związany ze sprzedażą, a nie zakupem. Paweł Dawidowicz niepomny niepowodzeń młodych Legionistów - Wolskiego i Furmana, ruszył na podbój świata i na razie dojrzewa w rezerwach Benfiki. 

 

Za nami także nieudane roszady trenerskie. Machado był absolutnym nieporozumieniem, zadanie prowadzenia pierwszej drużyny przerosło także Tomasza Untona. 

 

Formą eksperymentu jest też zatrudnienie Jerzego Brzęczka. Charyzmatyczny kapitan olimpijskiej reprezentacji Polski nie ma doświadczenia w trenerce. Pierwsze podejście w drugoligowym Rakowie Częstochowa po czterech latach zakończyło się niepowodzeniem.

 

Za zatrudnieniem Brzęczka w Lechii stoi jego były kolega z reprezentacji, były wiceprezes biało-zielonej spółki - Andrzej Juskowiak. Chwilę po zatrudnieniu w Lechii był gościem Radia Gdańsk. Poza anteną przedstawił mi swoją trenerską wizję. Asystentem prowadzącego wówczas Lechię z powodzeniem Ricardo Moniza miał zostać :" młody, czterdziestoletni polski trener na dorobku". Dorabiać się miał zacząć u boku Moniza i nie o pieniądze, a doświadczenie w pierwszej kolejności chodziło. Po odejściu ze spółki do Akademii Lechii , Juskowiak przyznał, że chodziło mu o Brzęczka. Juskowiaka u steru już nie ma, Brzęczek za to dojechał. To świadczy, że "Jusko" wciąż coś tam do powiedzenia w Lechii ma. Ile ? Nie chce powiedzieć, bo w kontrakcie na wpisaną klauzulę milczenia, którego złamanie wyceniono bodaj na 100 tys zł.

 

Na pewno najwięcej do powiedzenia ma rozgrywający na pozycji prokurenta Adam Mandziara. Biznesmen postanowił wyjść z cienia i ostatnio podpisał się pod klubowym oświadczeniem, że Lechia podjęła starania o Sebastiana Milę. O transparentności wciąż nie ma mowy, bo Mandziara potwierdził fakt, który w mediach żył od kilku dni. Do tego mamy jeszcze Mariusza Piekarskiego, którego zdemaskowano w ... Ostródzie, gdzie reprezentował Lechię w rozmowach na temat rozliczeń za wychowanie Pawła Dawidowicza. Niejasności jest zresztą znacznie więcej. Zakres kompetencji pozostaje gorzką, z perspektywy wyników sportowych Lechii, tajemnicą grupy menedżerów, którzy do Gdańska nie przyszli ani z miłości do miasta, ani do klubu. Przybyli tu robić interesy i w tym kontekście na tę chwilę pozostają jedynymi wygranymi.

 

Przegrał Andrzej Juskowiak, któremu wydawało się , że będzie decydował, a nie tylko firmował. Pomylił się i musiał odejść.

 

Przegrała drużyna, bo konstrukcja, której fundament opiera się przepływie ludzi ( a co za tym idzie pieniędzy), a nie na walorach sportowych i planowaniu na poszczególne pozycje, nie ma szans na efektywność i jakość.

 

Przegrali kibice, czego najbardziej spektakularnym świadectwem jest zaprzestanie pełnienia obowiązków prezesa przez Dariusza Krawczyka.

 

Na porażkę nie godzi się Grupa Lotos, która skutecznie zablokowała trenerskie transfery Tomasza Hajto i Dariusza Wdowczyka - ludzi, których reputacja z różnych , w obu przypadkach mało chwalebnych powodów, była mocno nadszarpnięta. 

 

Na pole bitwy wkroczył Jerzy Brzęczek. Lechia bardzo potrzebowała przywódcy. Żaden z piłkarzy nie potrafił osiągnąć pozycji lidera. Mateusz Bąk nic nie stracił z rezonerskiej formy, ale w bramce jest zdecydowanie mniej błyskotliwy. Piotr Wiśniewski udane zagrania przeplata kontuzjami. Stojan Vranjes chyba nie ma pozaboiskowych predyspozycji. Wszyscy pozostali to nie są indywidualności na miarę boiskowego szefa. Takiego, jakim był Jerzy Brzęczek.

Pytanie o relacje pozaboiskowe, o to o czym i w jakim zakresie będzie decydował. Zdaniem Juskowiaka i innych, którzy go znają, nie ma opcji, żeby przeczytał w czasie meczu karteczkę z sugestiami z loży VIP. O realizacji ewentualnych dyrektyw w ogóle nie ma mowy. Pytanie czy potrafi ułożyć grę. Znaleźć pomysł na Lechię, która ma kapitał młodych, zdolnych, ale absolutnie zagubionych ludzi. Tym bardziej, że wszystko dziać się będzie pod presją konieczności zdobywania punktów, których jest naprawdę mało. 

Trzymam kciuki za Brzęczka, bo pamiętam go jako piłkarza. Znakomity technicznie, kreatywny, umiejący wyciągnąć to, co najlepsze z takich tuzów jak Juskowiak czy Kowalczyk. Najwięcej optymizmu czerpię z olimpijskiego finału w Barcelonie. To było 8 sierpnia 1992 roku. Środkiem pola zarządzali dwaj goście - po naszej stronie Brzęczek, po hiszpańskiej Pepe Guardiola. Przegraliśmy tamten mecz 2:3, choć prowadziliśmy po pierwszej połowie i sukces był naprawdę blisko.

 Gdzie dziś jest Guardiola wszyscy wiemy. Chętnie na tej wysokości w europejskiej hierarchii ujrzelibyśmy Jerzego Brzęczka. Daj Boże z Lechią...



Włodzimierz Machnikowski

Jak się człowiek nagada na antenie, to pisanie nabiera właściwości terapeutycznych, pozwala poukładać myśli, nabrać dystansu, wyciszyć emocje...

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież