pt, 23 maja 2014

Park Narodowy Chirripo

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz

Stacja rangersów otwarta od szóstej rano – głosił napis przed wejściem. Spodziewanego tłumu chętnych nie było. Ostrzegał nas przed nim właściciel hostelu, twierdząc, że o pozwolenie na wejście do Parku Narodowego Chirripo (Kostaryka) i na najwyższy szczyt o tej samej nazwie, stara się każdego dnia wiele osób, a liczba biletów jest ograniczona do zaledwie czterdziestu.

– Kiedy chcecie iść na szczyt? – spytał zaraz po naszym wieczornym dotarciu do miejscowości San Gerardo.

 – Jutro rano – odparłyśmy chórem polsko-kanadyjskim.

 Spojrzał na nas z niedowierzaniem.

 – Wiecie, że to niemożliwe?

Nie wiedziałyśmy. Wiedziałyśmy za to, że trudno z kimkolwiek z parku się skontaktować. W przewodniku wyraźnie było napisane, że mailowo lub telefonicznie można zawczasu zrobić rezerwację. Niestety obie możliwości nie sprawdzały się Telefonu nikt nie odbierał, a i na emaile nie odpowiadano. Postanowiłyśmy jednak uparcie twierdzić, że mailową rezerwację zrobiłyśmy i bez wątpienia wejście następnego dnia nam się należy.

Na wszelki wypadek jednak już od piątej rano, zastraszone tłumem ludzi, ustawiłyśmy się w kolejce, której nie było, po pozwolenie. Czas w całej Ameryce Środkowej nie ma specjalnie znaczenia. Mam wrażenie, że wszelkie godziny są umowne. To, że jest napisane, że coś jest czynne od szóstej, wcale nie oznacza, że właśnie w tym czasie zostanie otwarte. Rangers pojawił się o 6.40. Dopiero co zwlekł się z łóżka, bo bezceremonialnie ziewał nam przed nosem.

– Pisałyśmy i dzwoniłyśmy, żeby zrobić rezerwację – zaczęłam. – Prosimy o bilety na dziś.

Mężczyzna, wzrostu metr sześćdziesiąt, spojrzał na mnie zaspanymi oczami i spokojnie odparł: – Nie da się zrobić rezerwacji telefonicznie czy mailowo.

– Jak to się nie da, skoro w przewodniku napisali, że nie ma z tym problemu? – Zdziwiłam się, choć dobrze wiedziałam, że problem jest, bo nikt w parku na telefony i maile nie reagował. – Po pozwolenie do parku trzeba się stawić osobiście i to na dzień przed wejściem – rzekł ze stoickim spokojem.

– To znaczy, że dziś iść nie możemy? – Zapytałam z nutką zawodu w głosie.

Mężczyzna pokiwał głową, potwierdzając moje podejrzenia.

– Mogę wam sprzedać bilety na jutro.

Spojrzałyśmy po sobie z dziewczynami. Nie chciałyśmy czekać całego dnia. Tym bardziej, że Emily musiała skrócić wyjazd i za trzy dni miała już siedzieć w samolocie powrotnym do Kanady, aby zdążyć na pogrzeb babci. Wtrąciła się więc szybko do rozmowy i swoim łamanym hiszpańskim próbowała zagrać pracownikowi parku na emocjach.

– Jest piątek. W poniedziałek mam samolot z San Jose. Nie damy radę iść jutro, pojutrze wspinać się na szczyt i wracać, bo nie zdążę na samolot. Wracam do domu – powiedziała i już znacznie smutniejszym głosem dodała: – Na pogrzeb babci.

– Tylko ty? – Upewniał się mężczyzna.

– Wszystkie musimy wracać. – Zareagowałam szybko nim któraś palnęłaby gafę i powiedziała, że nie.

– Oj, ale problem, ale problem… – Wystękał.

Spoglądałyśmy na niego wszystkie trzy oczami Kota w Butach, tego ze Shreka, który zawsze tak mnie rozbraja. Miałyśmy nadzieję, że to pomoże.

– Oj, co za problem, co za problem… – powtarzał zawzięcie mężczyzna, tym samym wzbudzając naszą coraz większą nadzieję. – Oj, co za problem, co za problem – znów to samo.

Sięgnął po wielkie zeszyty i zaczął coś przeglądać w nich i liczyć, a z jego ust wciąż padały słowa „oj, co za problem, co za problem”. Łapczywie obserwowałyśmy każdy jego ruch, drgnięcie powiek, ruch warg, oczekując, aż z jego twarzy, mimiki czy słów wyczytamy zgodę na pójście na szczyt jeszcze tego samego dnia.

– Mogę sprzedać bilety na jutro – powiedział po blisko dwudziestu minutach sprawdzania czegoś i kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu powtórzeniach „co za problem, co za problem”.

Aż się zagotowałam. Odstawiałyśmy tu taką szopkę, tak ładnie prosiłyśmy i nic. Emily opowiedziała o swojej trudnej sytuacji, o pogrzebie i babci, a tego nie ruszało nic. Wciąż tylko powtarzał „o, co za problem, co za problem”.

Nie poddawałyśmy się jednak. Stałyśmy tak dalej w jego biurze, patrząc na niego i czekając. Mężczyzna powtarzał, że może nam sprzedać bilet na jutro jedynie, a my uparcie, że musimy iść dziś i tylko dziś. I tak przez blisko godzinę.

timthumb– A ty z Polski jesteś? – Spytał, gdy tak sterczałyśmy mu nad głową.

 Potaknęłam.

 – Skąd nasz Juan Pablo Segundo?

 Znów potaknęłam.

 – Oj, to był człowiek… – zaczął, a ja znów zapłonęłam nadzieją, licząc że może ze względu na wspólny z papieżem kraj, facet się w końcu zlituje i sprzeda nam te bilety.

Ten powzdychał jednak trochę, powtórzył znów niczym nakręcona zabawka „co za problem, co za problem” i wrócił do sprawdzania czegoś. Wypuściłam powietrze, które trzymałam w płucach przez dłuższą chwilę. Wyszłyśmy z biura i czekałyśmy pod drzwiami, kombinując po cichu co dalej. Emilly stała jednak na granicy wejścia do biura i zbierała powoli łzy w oczach. Wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Mężczyzna pozostawał niewzruszony.

Stałam na zewnątrz i wpatrywałam się w mapę parku. Tak właściwie to mi było wszystko jedno. Mogłam zostać ten dzień dłużej, ale dziewczyny nie. Emily więc sarnimi oczami, przepełnionymi łzami wpatrywała się wciąż w rangersa. Stałyśmy już dobre półtorej godziny. Mężczyzna miał nas już chyba dość i chciał sobie pójść. Znów chwycił za zeszyt i na głos zaczął podliczać, próbując nam na każdy możliwy sposób udowodnić jak bardzo niemożliwy jest nasz trekking.

– Widzicie dziś poszło jedenastu obcokrajowców i dziewięciu lokalnych na szczyt.

– No to wciąż nie dużo. Czytałam, że miejsc do spania jest czterdzieści – odparłam.

– Tak, ale niektórzy zostają na dwie noce i w tym jest problem

Mężczyzny nie można było zbić z tropu.

– No, ale chyba trzy łóżka się znajdą – Wtrąciła się Viky.

Mężczyzna znów powtórzył swoje ulubione powiedzonko i nie spiesząc się złapał za telefon. Miałam wrażenie, że próbuje nas przetrzymać jak najdłużej, łudząc się że w końcu zmiękniemy i albo kupimy bilet na następny dzień, albo sobie po prostu pójdziemy. Przysłuchiwałam się rozmowie. Mężczyzna tłumaczył i tłumaczył, potem kilka razy powtórzył „co za problem, co za problem” i odłożył słuchawkę.

– Co za problem, co za problem – powiedział już do nas. – Nic się nie da zrobić. Jutro nie ma problemu..

Wkurzone wyszłyśmy na zewnątrz. W matematyce jestem słaba, ale wychodziło mi wyraźnie, że miejsc jest tam wystarczająco i że my trzy nie stanowiłybyśmy wcale takiego problemu jak twierdził rangers.

Dziewczyny zwątpiły i zaczęły przeliczać czy faktycznie Emily zdąży na samolot, jeśli pójdziemy następnego dnia. Na szczyt były dwadzieścia cztery kilometry. Każdy zostawał na nocleg na pięć kilometrów przed szczytem, by już na górze znaleźć się o wschodzie słońca dnia kolejnego, a potem zejść, zjeść śniadanie i ruszyć w drogę powrotną. Gdy tak dziewczyny przeliczały i kombinowały, wyszedł do nas rangers-co-za-problem i powiedział, że jeśli chcemy to możemy spać na podłodze i iść jeszcze tego dnia. Prawie go wyściskałyśmy, ale już nie było na to czasu, bo po zapłaceniu biletów biegiem ruszyłyśmy po nasze plecaki. Najpierw zmiana hostelu, szybkie przepakowanie i w drogę. Godzina najwcześniejsza nie była, ale o 9.30 byłyśmy już w drodze na szczyt Chirripo.

Droga niemal nieustannie wiła się w górę i tak było przez najbliższe siedem godzin. Bardzo niewiele płaskich przejść, które czasem w górach się jednak trafiają. Początkowo towarzyszył nam skwar, ale bardzo szybko się skończył. Pora była dość późna i chmury coraz szybciej zasnuwały niebo, a mgła coraz zachłanniej otulała drzewa. Zaczynał siąpić deszcz, który szybko zamienił się w silną ulewę. Mimo wszystko było jednak pięknie. Mimo licznych komarów i przemoczonych rzeczy. Las osnuty mgłą jawił się bajkowo. Jakbym kroczyła po kartach legend i baśni z książek braci Grimm czy Jana Christiana Andersena.

CZYTAJ DALEJ

Więcej w tej kategorii: « Kanadyjki Szukając pumy 2 »

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież