czw, 01 maja 2014

Uroki couchsurfingu

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz

Sygnał w telefonie rozbrzmiewał uporczywie. Nie chciał zamilknąć. A ja chciałam żeby został przerwany radosnym „halo” Reginy. Zamiast tego słyszałam głos sekretarki, nakazujący zostawienie wiadomości. Odłożyłam słuchawkę i spróbowałam ponownie. Sytuacja się powtórzyła.

– Potrzebujesz pomocy?

Za mną stanęła niewysoka, jak na Panamenkę przystało, ciemnowłosa dziewczyna.

– Nie mogę się dodzwonić do znajomej. Miała na mnie czekać i nigdzie jej nie widzę – oznajmiłam nieco podenerwowanym głosem.

– Czyżbyś przyjechała do Reginy?

Wiedziałam, że w małym miasteczku wszyscy wszystkich znają i zginąć w razie czego mi nie dadzą.

– Jestem jej koleżanką. Już do niej dzwonię – odpowiedziała i zaczęła wybierać numer.

I na jej dzwonienie Regina jednak nie odpowiadała. W końcu za trzecim razem w słuchawce odezwał się męski głos. Daisy zaniemówiła i dopiero po chwili wydukała:

– Kto mówi?

Ja wiedziałam, kto mówi. Regina gościła u siebie jeszcze jedną osobę. Też z Polski. Wojtek został wysłany, by mnie poszukać i doprowadzić na miejsce.

Dom Reginy znajdował się na obrzeżach. Miasteczko było jednak tak maleńkie, że w pięć minut można było się znaleźć w Parque Central.

– No w końcu dotarłaś. Aleś miała przygody!

Moja hostka bujała się w hamaku. Przy niej, na krzesełku, siedział niewielkich rozmiarów Panameńczyk. Gdy oboje się podnieśli, by mnie przywitać, nie mogła ujść mojej uwadze duża różnica wzrostu. Regina to wysoka, przystojna kobieta o blond włosach i bujnym biuście. Prawdziwa Niemka. Niskiego wzrostu mężczyzna wyglądał przy niej dość miernie. Nie mówił zbyt dobrze po angielsku, choć się starał i niewiele mogłam z tego, co mówił zrozumieć. Poczułam się jakoś dziwnie. Może to zmęczenie wzięło górę, może złość na kierowcę busa, tląca się jeszcze sprawiły, że inaczej, błędnie odbierałam pewne wrażenia. Nie poczułam się dobrze w tym miejscu. Wręcz czułam się dziwnie i w pierwszej chwili pomyślałam, że gdyby nie inny Polak, który jest tu również, zawinęłabym się stamtąd jak najszybciej. No, może nie jak najszybciej, bo byłam wykończona dziesięciogodzinna podróżą, która w pierwotnej wersji miała trwać zaledwie godzin cztery. Spędziliśmy jednak miły wieczór przy pysznej rybce i rozmowach, a potem już przy dźwiękach wiatraka, rozbijającego równomiernie przesiąknięte zaduchem powietrze, zasnęłam w swoim pokoju.

 

Noc była upalna. Sen do łatwych nie należał. Dzień, który poprzedniego wieczora zapowiadał się całkiem obiecująco i kolorowo, nagle z rana wyblakł.

– Coś mnie dopadło – wysyczała Regina, zwijając się z bólu na kamiennej posadzce werandy.

Ból brzucha, głowy, wymioty. A ja zaczęłam się zastanawiać nie tylko jak pomóc mojej hostce, ale też jak przepędzić pecha, który najwyraźniej towarzyszył mi w tej podróży, nie zważając na to, że wolę podróżować sama. Kombinowałam więc jak się pozbyć natręta.

W Gualaca nie było nic. Tak mi się przynajmniej wydawało. Całe miasteczko można było obejść w pół godziny, wliczając w to kilkuminutowe zbieranie mango. Co tu robić, kombinowałam.

– Ja chyba się zbiorę i pojadę do Boquete – powiedziałam delikatnie, nie chcąc urazić kobiety. – Ty się źle czujesz, więc nie ma sensu bym ci siedziała na głowie.

Czułam, że lepiej będzie się zbierać i coś działać. I tak na wyjątkowo długo utkwiłam w stolicy i nie chciałam już więcej zatrzymywać się w miejscu, w którym nie czułam się dobrze.

– Nie jedź! Pójdziemy po południu nad rzekę, a jutro na pewno poczuję się lepiej to pojedziemy na wycieczkę – przekonywała. – Zobaczysz, rzeka jest super. Płynie przez kanion i wygląda to bajecznie.

Dałam się namówić, przekonując samą siebie, że zawsze warto dawać drugą szansę i osobom i miejscom.

Z Reginą coraz więcej rozmawiałam i mimo różnicy wieku okazało się, że bardzo wiele nas łączy. Pierwsze wrażenie, z którym nie do końca umiałam sobie poradzić, okazało się mylne. Wraz z jej chłopakiem Heike zwiedzaliśmy Boquete, maszerowaliśmy przez dżunglę, a w sobotę Wielkanocną wybraliśmy się na walki kogutów. Zajrzałam z nią w miejsce, w które sama zajrzeć bym się raczej nie odważyła, biorąc pod uwagę, że jestem kobietą i to w dodatku białą.

– Mam ochotę na piwo. Co ty na to? – Zapytała Regina, gdy przejeżdżałyśmy przez małą wioskę, niedaleko jej przyszłego miejsca pracy.

– Czemu nie. Tylko nie bardzo jest gdzie tu pójść. – Zauważyłam, przyglądając się mijanym domostwom, jednemu sklepikowi i barowi, który bardziej przypominał nasze bary piwne niż knajpkę, do której można wejść od tak z ulicy. CZYTAJ DALEJ

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież